Trudna miłość do księżniczki

Odkąd w roku 1971 została sprowadzona z Burundi, w krótkim czasie stała się jedną z najpopularniejszych pielęgnic trzymanych w Europie. Była nie tylko dostarczycielką niezapomnianych doznań estetycznych, ale i powiewem dzikiej Afryki w domowych akwariach spetryfikowanych przez hodowane od lat ryby labiryntowe, wystawowe żyworódki czy popularne karpiowate. A nade wszystko umożliwiała stworzenie - stosunkowo małym nakładem środków - zbiornika prawdziwie biotopowego. Przy okazji zyskała jednak złą sławę: tu i tam rosła jej fama ryby nieustępliwej, zajadłej i terytorialnej. Mówiono o niej: „piękna i bestia”. Czy słusznie?


Pierwsze spotkanie

Początek lat 80.: mam niewiele ponad dziesięć lat. Deszczowa aura za oknem i szarobura rzeczywistość w kraju. Wciąż te same ryby w sklepach. Niespodziewanie doznaję zauroczenia. W pawilonie z akwariami w poznańskim ogrodzie zoologicznym moją uwagę skupia bynajmniej nie wielka skrzydlica dryfująca samotnie wzdłuż kilkumetrowej szyby frontowej akwarium morskiego, nie wędrujące rzędem kraby pustelniki, gromadzące najliczniejszą bodaj publiczność, wreszcie nie efektowne akwaria roślinne z nieznanymi mi bliżej organizmami z Azji, lecz uderzająca, pełna gracji i nietuzinkowo zachowująca się ryba, mająca oprawę oczu godną Kleopatry: Neolamprologus brichardi. W asyście setek przedstawicieli własnej rodziny pływa w bardzo dużym (jak na ówczesne standardy) zbiorniku, urządzonym raczej skromnie. Tarasy skał wapiennych porośnięte mchami tworzą surową głębię i przestrzeń, umożliwiającą wszakże oryginalną grę półcieniem i przytłumionym światłem, co podkreśla pastelową barwę beżowego ciała, na którego tle kontrastowo odcina się żółta plamka i połyskujące odcienie fluorescencyjnego błękitu. Do tego koniecznie trzeba dodać charakterystyczne ciemnobrązowe znamię i niezmierne piękno powłóczystych płetw.

Zauroczenie rybą spada na mnie nagle, chwyta za gardło i już nie puszcza. Trwa do dziś. Kiedy po latach - bodaj w czerwcu 2000 roku - dzwonię do działu hodowlanego ogrodu zoologicznego z elektryzującą wiadomością, że właśnie rozmnożyłem księżniczki z Burundi, niemal słyszę jak kiwają głowami: tak, tak, rozmnożenie tej ryby to zawsze powód do satysfakcji.

Wspólnota plemienna, więzy krwi

Neolamprologus brichardi jest endemitem z jeziora Tanganika. To znaczy, że nigdzie indziej - poza tym najdłuższym na świecie i drugim co do głębokości jeziorze na globie, pozostającym w izolacji od innych systemów wodnych Afryki od co najmniej sześciu milionów lat - nie występuje. Spotykana w wodach po stronie wschodniej i zachodniej, zamieszkuje litoral skalny, czyli pełne spiętrzonych głazów i kamieni strefy przybrzeżne. Tam właśnie na głębokości 3-35 m (najczęściej widywana jest między 5 a 15 m), w labiryntach grot, w sieci szczelin i zakamarków, znajduje idealne miejsce schronienia. Tam też zdobywa pokarm (w przeważającej ilości skład jej menu stanowi zooplankton), rozwija się i przystępuje do tarła.

Jednak liczba kryjówek w litoralu skalnym Tanganiki nie jest nieograniczona. Znalezienie odpowiedniego terytorium lęgowego urasta czasem do rangi problemu, a już na pewno jest dla księżniczki sprawą życia i śmierci, stanowiąc w konsekwencji o przeżywalności danej populacji. Nic dziwnego, że raz obranego siedliska ryba strzeże do upadłego, za cel ataku obierając wszystko (lub prawie wszystko), co pływa. W akwarium nie tylko dokonuje spustoszenia w rybostanie, ale i z szewską pasją zwalcza nieopatrznie naruszające jej terytorium bezkręgowce.

Nigdy nie działa w pojedynkę, jest za to mocna i silna w grupie. Rodzaj gwardii przybocznej stanowi potomstwo z kolejnych miotów, licznie i solidarnie uczestniczące w przedsięwzięciach zbiorowych, do których zalicza się, po pierwsze, wspomniana przed chwilą obrona terytorium, a po drugie: pilnowanie młodych. Starsze rodzeństwo jest jak gdyby zaprogramowane na troskliwą i ofiarną pomoc w wychowywaniu swych młodszych sióstr i braci. Zjawisko to budzi zdumienie biologów, gdyż ujawnia się w skali niespotykanej u innych pielęgnic.

Standardowa kolonia księżniczek, w której wszystkie ryby - średnie, mniejsze i najmniejsze - są potomstwem jednej, dochowującej sobie wierności pary rodzicielskiej, liczy nierzadko kilkaset osobników. Prawo do odbywania tarła i reprodukcji zachowuje, rzecz jasna, tylko i wyłącznie para macierzysta. Wybijające się na niepodległość młode są natomiast systematycznie przeganiane. Owo wyrzucanie ze świetnie funkcjonującego „układu mafijnego” nie jest przypadkowe. Pokrywa się mniej więcej z osiągnięciem przez wstępujące pokolenie dojrzałości płciowej. W praktyce wygląda to tak, że w pierwszym rzędzie wykluczane z rodziny są osobniki przekraczające 3 cm długości. Odtąd trzymają się one na obrzeżach kolonii. Niekiedy odrzucenie ma miejsce później i związane jest z sytuacją środowiskową. Dzieje się tak, kiedy rodzina zajmuje obszar stosunkowo rozległy (obserwowano już niemal dorosłe, mierzące 3,5-4,5 cm lirniczki, wspólnie i harmonijnie żyjące z rodzicami i młodszym rodzeństwem), lub wówczas, gdy kolonia egzystuje wprawdzie nader ciasno, w wielkim zagęszczeniu na małej przestrzeni, ale zewsząd otoczona jest przez gatunki pokrewne albo czyhające w załomach skalnych drapieżniki. Wśród wyspecjalizowanych rybożerców wybrzeża skalistego, polujących z lubością na podrostki N. brichardi, prym wiedzie piękny, dorastający do 20 cm Lepidiolamprologus elongatus.

Tak czy inaczej, zdolne do rozrodu, ale płciowo nieaktywne osobniki tworzą z czasem trzymającą się na uboczu grupę pokoleniową, nazwaną przed z górą trzydziestoma laty przez Stefana Kornobisa na łamach miesięcznika „Akwarium” „swoistą rezerwą rozrodczą”. Chodzi mianowicie o to, że w przy-padku zgonu któregokolwiek z rodziców, natychmiast spośród stadka wyłania się osobnik dominujący, który zajmuje miejsce rodziciela i rychło przystępuje do tarła. Analogiczna sytuacja zachodzi w okolicznościach opustoszenia którejś z pobliskich kryjówek skalnych - wówczas dobiera się para, która owo miejsce zasiedla i niebawem daje początek nowej kolonii rodzinnej.

Podobne zjawisko daje się zaobserwować w odpowiednio obszernym akwarium domowym (ok. 600-1000 l). Dopiero bowiem w zbiorniku o takim litrażu można poznać swoisty i niepowtarzalny behawioryzm socjalny tego gatunku i naocznie przekonać się, że z księżniczki z Burundi nie jest żadna, za przeproszeniem, socjopatka.

À propos: w warunkach hodowlanych zanotowano również sporadycznie zdarzające się przypadki bigamii. Opisywano oto, jak jeden samiec „nawiedzał” dwie samice, zajmujące oddalone od siebie terytoria.

Spór o nazewnictwo, taksonomiczna zagwozdka

Chociaż nikt nie ma dziś wątpliwości, że nazwa „księżniczka z Burundi” (ang. Princess of Burundi, niem. Prinzessin von Burundi) jest adekwatna, istnieje również druga, potoczna nazwa tej ryby: „lirniczka”. Obecnie używana w Polsce raczej sporadycznie, swe źródło znajduje w charakterystycznym pokroju płetwy ogonowej ryby, która to płetwa - z wąskimi, wydłużonymi i zaokrąglającymi się końcami - do złudzenia przypomina starogrecki instrument strunowy: lirę. Dodajmy tutaj od razu, że dymorfizm płciowy u młodych księżniczek jest prawie niezauważalny. Wyraźny staje się dopiero u ryb dojrzałych: samce, osiągające 10 cm, są większe od samic (ok. 8 cm), mają dłuższe i ostrzej zakończone płetwy, a na ich czole pojawia się charakterystyczne dla wielu przedstawicieli rodziny pielęgnicowatych (Cichlidae) wysklepienie, czyli guz tłuszczowy.

Oczywiście powszechnie usankcjonowaną nazwą łacińską pozostaje obecnie Neolamprologus brichardi. Aczkolwiek nie zawsze tak było: jeszcze w latach 80. ubiegłego stulecia gatunek ten przypisywany był dwóm rodzajom (Lamprologus i Neolamprologus) i miewał synonimiczne nazwy naukowe (np. N. elongatus i L. brichardi). Ostatecznie w roku 1988 uzgodniono jedną oficjalną nazwę gatunkową, honorującą na zawsze Pierre’a Bricharda, belgijskiego odkrywcę i pasjonata, pierwszego eksportera ryb z Zambii, który wiele lat swego życia strawił na poszukiwaniu cennych okazów tanganikańskiej ichtiofauny.

Zostawiwszy na boku dyskusje prowadzone przez ichtiologów-systematyków, trzeba stwierdzić, że księżniczka z Burundi jest najlepiej poznaną przedstawicielką „grupy Brichardi”(brichardi complex), czyli blisko ze sobą spokrewnionych ryb, których populacje, izolowane i skupione wokół konkretnych skalistych cypli, wysp i wybrzeży, kwalifikuje się nieraz jako odrębne gatunki, a nieraz tylko jako podgatunki lub rasy geograficzne. Co ciekawe, poszczególne populacje nierzadko szalenie blisko ze sobą sąsiadują i zajmują tożsame nisze środowiskowe. Co więcej, cechuje je zbliżona budowa ciała i analogiczny behawioryzm (tworzenie zhierarchizowanych struktur społecznych). Różni natomiast stopień adaptacji do nowych warunków, płodność i poziom agresji, a także rysunek na pokrywach skrzelowych, co - z budzącą szacunek skrupulatnością - dokumentowali przez lata Ad Konings z Horstem W. Dieckoffem.

Jedynie w przypadku Neolamprologus savoryi, ryby osiągającej 8 cm długości, dystynkcja jest wyraźna, gdyż posiada ona szerokie, pionowe i zazwyczaj niejednolicie ciemne pasy na ciele. Spotykana jest też samotnie lub w parach, i to głębiej niż pozostali przedstawiciele „kompleksu Brichardi”, bo nawet na 40-45 metrze, licząc od powierzchni wody. Z kolei niebieskooka N. falicula jest gatunkiem stosunkowo łagodnym, płochliwym i bojaźliwym, niespotykanym prawie nigdy w większych grupach. Rybę tę znamionuje brak jakichkolwiek oznakowań na pokrywach skrzelowych. Poszczególne rasy geograficzne mogą mieć jednak np. czarniawe obrzeżenia płetw (odmiana poławiana w zatoce Kigoma) lub wręcz ich zupełnie jaskrawe, kontrastowe ubarwienie, przywodzące na myśl kolorystykę śledziokształtnych gębaczy z rodzaju Cyprichromis (choćby osobniki znajdowane w pobliżu Nkondwe czy - określane często jako Neolamprologus „cygnus” - ryby pochodzące z obrzeża przylądka Mpimbwe).

Nie sposób wymienić tu oczywiście, w ramach krótkiej dygresji, wszystkich przedstawicielek owej imponującej formacji, ale aby dać świadectwo o bogactwie różnorodności, należy wspomnieć N. gracilis. Gatunek ten nie tylko nie ma znamion na głowie, ale charakteryzuje się szczególnie długą i powłóczystą, zwłaszcza u młodszych osobników, płetwą ogonową. Nieco zaś mniejszy, ale łudząco podobny do N. brichardi(nie licząc rysunku na pokrywach skrzelowych i popielatej szaty), jest N. splendens. Natomiast N. crassus (opisany przez Bricharda) i N. marunguensis (opisany przez Heinza Bueschera), są tak względem siebie tożsame, że w książce Koningsa „Przewodnik po świecie pielęgnic z Tanganiki” są jeszcze rozdzielone i potraktowane osobno, lecz obecnie coraz częściej uznawane bywają za jeden gatunek.

Do najbardziej znanych i lubianych przez akwarystów przedstawicieli rodzaju Neolamprologus należy wszakże księżniczka piękna, zwana inaczej księżniczką z Zambii (opisywana w literaturze częściej jako N. pulcher, rzadziej jako N. daffodil). Mając połyskujące - w zależności od populacji - rdzawo-żółto bądź błękitnie łuski, pozostaje główną konkurentką lirniczki do palmy pierwszeństwa w dziedzinie urody. Jest to ryba stosunkowo łagodna i spokojna. Jednak coś za coś: mniej zadziorna, waleczna i terytorialna, nie tak często i chętnie przystępuje do tarła, a na dodatek nie tworzy równie zdumiewających, silnie zhierarchizowanych społeczności

I chociaż osobiście jestem wyznawcą szkoły, która postuluje zakładanie jednogatunkowych zbiorników poświęconych poszczególnym pielęgnicom z Tanganiki, mogę stwierdzić, że akurat ta księżniczka nadaje się do akwarium biotopowego, w którym za współmieszkańców mieć może naskalniki z rodzaju Julidochromis oraz wielu przedstawicieli z rodzajów: Altolamprologus, Telmatochromis, Lamprologus i Neolamprologus. Pozostaje rzecz jasna jeden warunek do spełnienia: odpowiednio długi zbiornik, w którym umiejętnie i rozmyślnie zaaranżowana podwodna przestrzeń umożliwi każdej z dobranych par wzięcie we władanie odpowiadającego jej obszaru. Oczywiście trzeba założyć, że procent odchowanego narybku będzie w takim układzie znacznie niższy niż w przypadku hodowli w akwarium jednogatunkowym, a poziom stresu i interakcji między lokatorami zbiornika znacznie wyższy.

Absolutnie należy się natomiast wystrzegać pokusy łączenia razem w jednym zbiorniku różnych reprezentantek „grupy Brichardi”. Mimo iż towarzyszą sobie terytorialnie w środowisku naturalnym, ryzyko ich skrzyżowania w warunkach domowych jest nieporównanie większe. W konsekwencji może to doprowadzić do powstania tzw. bastardów, co w przyszłości grozić będzie nie tylko zniwelowaniem czystości gatunkowej, ale i zakłóceniem naturalnych procesów ewolucyjnych.

Życie w akwarium: znośnie vs. idealnie

Że księżniczka z Burundi jest rybą z charakterem - podkreślają wszyscy, którzy mieli z nią do czynienia. Że jest wyjątkowo wytrzymała i odporna na choroby oraz niesprzyjające czynniki otoczenia - wiedzą ci wszyscy, którzy rozmnożyli ją w spartańskich warunkach lub wystawili na niepotrzebne próby. Ale ci, którzy za poradnikową biblię akwarystyczną mają internetowe fora, w których roi się nierzadko od przypadkowych zgoła lub nawet wyssanych z palca teorii i sugestii, mogą powziąć mylne przekonania.

W swej poglądowej pięciostopniowej skali Konings wyznacza lirniczce zaledwie pierwszy stopień trudności, co oznacza, że swą przygodę z ichtiofauną jeziora Tanganika można rozpocząć właśnie od N. brichardi. Powodzenie hodowli zależy jednak od spełnienia kilku warunków.

Po pierwsze: należy zadbać o przestrzeń. W przypadku pielęgnic z afrykańskich jezior litraż akwarium odgrywa mniejsze znaczenie, niż powierzchnia dna, a zwłaszcza długość zbiornika. Jakkolwiek sam Konings podaje, że wystarczające dla dobranej pary ryb jest akwarium o 50-centymetrowej długości szyby frontowej, w starszej zaś literaturze akwarystycznej można trafić nawet na informacje, że chów udaje się już w zbiorniczkach 40-centymetrowych, to ani pełnej gamy zachowań pary rodzicielskiej (przypomnijmy, że samiec dorasta do 10 cm), ani tym bardziej reguł, które rządzą wielopokoleniową kolonią, w takim akwarium nie ujrzymy. Wydaje się, że odpowiedni dla dobranej pary ryb wraz z młodymi z jednego miotu będzie zbiornik przynajmniej 60-70-centymetrowy, a dla dwu-trzypokoleniowej „mafii rodzinnej” zbiornik 120-centymetrowy i każdy dłuższy.

Po drugie: woda używana do hodowli nie może być ani miękka, ani kwaśna; ani zimna, ani zbyt ciepła. Powinna utrzymywać się na stałym poziomie 26°C, co odpowiada średniej temperaturze w jeziorze Tanganika (wahania dobowei sezonowe nie przekraczają tam dwóch stopni). Dalej należy zadbać o to, by woda była dość twarda i zasadowa. Klasyczna ciecz płynąca z większości polskich wodociągów jest umiarkowanie twarda, a współczynnik pH ma najczęściej bliski obojętnemu (pH 6,5-7,5). W jeziorze Tanganika współczynnik ten jest wyższy i wynosi ponad 9 w skali pH. Względnie znośne parametry „polskiej wody” można więc nieco skorygować, używając kruszca wapiennego jako substratu filtracyjnego (podnosi twardość węglanową) bądź sukcesywnie (a nigdy nagle i radykalnie) dodając do wody specjalistycznych preparatów i firmowych mieszanek mineralnych. Koniecznie należy to czynić nie bezpośrednio w akwarium, lecz podczas cyklicznych podmian wody, które powinny odbywać się raz w tygodniu (w ilości nieprzekraczającej 15% pojemności zbiornika).

Z drugiej strony - jakiekolwiek próby uczynienia z księżniczki szczęśliwej mieszkanki biotopu wód lasów deszczowych kończą się zawsze tragicznie. Z tego powodu należy wystrzegać się w akwarium wszelkich dekoracji, które w znikomym choćby stopniu mogą obniżać twardość lub pH wody, czyli takich elementów jak korzenie, lignity, liście czy szyszki (nie wspominając nawet o torfie).

Idealnie natomiast do aranżacji wnętrza - to warunek trzeci udanego chowu księżniczki - nadają się marmury i wapienie, stabilizujące pH na odpowiednio wysokim poziomie. Świetne są również piaskowce i wszelkie łupki, zwłaszcza beżowe, grafitowe i czarne, z których własnoręcznie można wymodelować dowolną liczbę grot i jaskiń, a także skonstruować niepowtarzalne i „ekologiczne” tło 3D, co obudzi zapewne słuszną zazdrość naszych znajomych i sąsiadów. W ogóle sformowanie wzdłuż tylnej ściany zbiornika usypiska skalnego, przypominającego jako żywo rodzinne strony lirniczki, wydaje się pomysłem najlepszym z możliwych. Należy przy tym pamiętać zarówno o wytrzymałości i grubości szyby, jak i o stabilności kamiennej konstrukcji. Księżniczki w okresie poprzedzającym tarło potrafią bardzo skutecznie i gruntownie przekopać podłoże wokół swego terytorium. Wypróbowanym od pokoleń pomysłem jest więc łączenie poszczególnych elementów wy-stroju za pomocą akwarystycznego kleju silikonowego. A pod cięższe odłamki skał warto wsunąć styropianową podkładkę, która z kolei winna przylegać bezpośrednio do szklanego dna, gdyż drobne ziarenka piasku mogą tak skutecznie porysować szybę, że stanie się ona wkrótce podatna na pęknięcie. Alternatywą dla ciężaru naturalnych skał i minerałów są - jak zawsze - sztuczne jaskinie i kamienie z nietoksycznego plastiku lub żywic samoutwardzalnych, a także doniczki, pąkle i przepołowione łupiny orzecha kokosowego. Jakkolwiek te ostatnie wody i dobrze spełniają swoje tarliskowe zadanie. Podobnie rzecz się ma z roślinami - zupełny ich brak nie jest żadnym uchybieniem, ale można z powodzeniem sięgnąć po gatunki uznawane od lat za klasykę domowych akwariów typu Malawi i Tanganika, czyli epifityczne i odporne anubiasy oraz mikrozoria, a także sadzone w doniczkach lub obłożone kamieniami kryptokoryny, krynie i nurzańce.

Po czwarte: oświetlenie może odbiegać od standardowego, czyli takiego, w jakie wyposażane są nowoczesne pokrywy akwariowe, w których coraz częściej dąży się do respektowania minimalnego wymogu akwarystyki roślinnej, czyli natężenia 0,5 W na 1 litr wody. Przenikliwe i bijące po oczach światło nie sprzyja bowiem pełnemu wybarwieniu ryb, a co więcej, w jego promieniach księżniczki mogą stać się nazbyt bojaźliwe i mniej skore do opuszczania kryjówek. Komfortowo czują się wtedy, kiedy oświetlenie jest lekko przyćmione.

Wreszcie po piąte: należy zastosować sprawny i wydajny system filtracji biologicznej, o mocach przerobowych przewidzianych do znacznie większych zbiorników (tzw. nadfiltracja). Najbardziej godne polecenia są oczywiście renomowane filtry kanistrowe (kubełkowe) i kaskadowe, mające dużą pojemność wkładów. Jako substratu filtracyjnego zaleca się użycie materiałów o maksymalnie dużej powierzchni, czyli wszelkich biokulek, rurek ceramicznych, wypalanej glinki itd., na których osiądą i żyć będą kolonie bakterii nitryfikacyjnych. Żeby do-datkowo wzmocnić tryb filtracji biologicznej, warto zastosować prefiltr w postaci szorstkiej i porowatej gąbki (którą należy nadziać na rurę wlotową filtra), co mechanicznie zatrzyma osady i resztki pokarmowe, a przy okazji uniemożliwi wciągnięcie narybku do wnętrza. Oba typy filtrów nieźle zresztą napowietrzają wodę, co nie jest bez znaczenia. Wskutek ich kompleksowego działania woda w akwarium staje się nie tylko krystalicznie czysta i maksymalnie pozbawiona toksycznych związków amoniaku oraz licznych zawiesin organicznych, ale również dobrze natleniona. Zbliża się tym samym do wartości optymalnych, panujących w jeziorze Tanganika.

Menu dla seniorów i narybku

Gęsto zasiedlone przez „kompleks Brichardi” odcinki skalistego wybrzeża nie stanowią bynajmniej stołu obfitości, który ugina się pod naporem wysokokalorycznej diety. Należy o tym pamiętać, karmiąc w domu księżniczki. Osobną kwestię stanowi fakt, że ryby te, mając w istocie niewielki przełyk, są w stanie przełknąć w całości jedynie drobne skorupiaki. Za naj-lepszy pokarm uchodzą spożywane z wielkim apetytem oczliki (Cyclop) oraz lasonogi (Mysis), a także solowce (Arthemia) i rozwielitki (Daphnia). Nie tylko zawierają one substancje balastowe ułatwiające trawienie, ale i karotenoidy, pozwalające na późniejsze prawidłowe wybarwienie dorosłych egzemplarzy. Mrożoną i dobrze przepłukaną larwę ochotki, wodzienia (tzw. szklarkę) lub czarnego komara należy stosować ostrożnie i z umiarem - tj. nie częściej niż raz w tygodniu. Nie wolno podawać rybom tubifeksu (rureczników), z uwagi na potencjalne nasycenie toksynami oraz dużą zawartość tłuszczu. Niewielki procent pożywienia lirniczek w naturze stanowią owady, a zatem można wprowadzić do jadłospisu i podać im od czasu do czasu muszkę owocówkę. Pożądanym urozmaiceniem menu są wieloskładnikowe płatki i granulaty, zawierające legendarny „glon życia”, czyli spirulinę, do której księżniczki łatwo się przyzwyczajają. W jeziorze, oprócz zooplanktonu, podskubują przecież glony nitkowate porastające kamienie.

Wyżywienie narybku jest równie bezproblemowe. Wysoki procent odchowania młodych udaje się zarówno na pokarmie żywym, jak i mrożonym, a nawet na dobrze zbilansowanym pokarmie sztucznym. Szkopuł jedynie w tym, że narybek lirniczki rośnie powoli, a nawet bardzo powoli. Oczywiście lepsze wyniki, jak zawsze, daje skarmianie maleńkich rybek larwami solowca (czyli naupliusami artemii) i wijącymi się atrakcyjnie w toni nicieniami „mikro” (węgorkami), niż jakąkolwiek karmą sztuczną. Ale sproszkowane preparaty dla ryb ikrowych i własnoręcznie przygotowany przecier (mleko w proszku, rozgniecione żółtko kurze, drożdże etc. - wszystko to wymieszane razem i dwukrotnie przeciśnięte przez drobną gazę lub płótno) warto mieć na podorędziu i stosować jako uzupełnienie zwykłej, codziennej diety. Również firmowy pokarm w żelu, przygotowany na bazie pływików artemii, wzbogacony witaminami, uznać można bardziej za luksusową i smakowitą przekąskę, niż za pokarm podstawowy. Należy przy tym pamiętać, że nawet najdrobniejszy pokarm suchy trzeba rozbełtać w wodzie pobranej uprzednio z akwarium, potem zaś wkraplać go strzykawką w postaci zawiesiny (maleńkich drobinek pokarmowych unoszących się swobodnie w akwarium), gdyż narybek, w odróżnieniu od większych i przyzwyczajonych już podrostków, pobierać pokarmuz powierzchni wody raczej nie będzie. Niejako przy okazji daje się zaobserwować ciekawe zjawisko, którego sam byłem wielokrotnym świadkiem: rodzice karmieni granulatem, kruszą w pyskach karmę przeznaczoną dla siebie i w postaci chmury pyłu wypluwają ją w stadko żerującego i podpływającego łakomie narybku.

Nieokiełznane instynkty i żądze

Księżniczka z Burundi, ilekroć zostaje przeniesiona do nowego zbiornika, jawi się jako ryba nieśmiała i płochliwa. Nie od razu w nowym miejscu się też wyciera. Jej bocznie spłaszczone ciało, silne i sprężyste, umożliwia za to błyskawiczne i zaskakujące ewolucje. I kiedy tylko jest przestraszona, momentalnie wciska się w najwęższe nawet szczeliny skalne. W moim 175-litrowym akwarium ryby dosłownie znikały(na pierwszy rzut oka bezpowrotnie) w dachówkowato wyklejonej czarnymi łupkami tylnej ścianie akwarium.

Zazwyczaj jednak już po kilkudniowym okresie aklimatyzacji rozpoczyna się dobrze znany proces hierarchizacji wewnątrzgatunkowej. Spośród gromadki kilkucentymetrowych ryb dobiera się para, która, jakby na sygnał, ujawnia swe ewolucyjne przystosowanie do bezpardonowej walki o przetrwanie - obiera terytorium lęgowe i zaczyna tępienie wszelkich potencjalnych intruzów. Plan wykluczenia współbraci realizowany jest z bezwzględną sumiennością: raz zapoczątkowane ataki ponawiane są teraz bez ustanku, kres znajdując dopiero w zamęczeniu i uśmierceniu kolejnych ofiar. Dlatego akwarysta musi reagować błyskawicznie. Zauważywszy na przykład ryby wypędzone ze stada, rozgonione po kątach akwarium, wciśnięte w najwęższe szczeliny i ledwo dyszące tuż pod lustrem wody, powinien je natychmiast odłowić. Zawczasu warto więc umówić się z zaprzyjaźnionym sprzedawcą i zwrócić je do sklepu albo też oddać innym hobbystom.

Podobnie marny koniec czeka inne pozostawione w zbiorniku ryby. Opowieści znajomych, którzy nieopatrznie wpuścili do akwarium służbę sanitarną w postaci zbrojników niebieskich, nie zachęcają do jakichkolwiek eksperymentów. Notabene starszym okazom księżniczek wyrastają „psie zęby” (canines), ostre i hakowato zagięte, którymi ryba ta potrafi zadać ból i dotkliwie zranić swoje ofiary. Radzi sobie nawet ze słynącymi z nieustępliwości - tyleż zjawiskowo żółtymi, co uzbrojonymi w zęby - przedstawicielami Lamprologus leleupi.

Nierzadko po dokonaniu etnicznej czystki na placu boju pozostaje jednak nie para księżniczek, lecz samiec i dwie samice, którzy żyją odtąd w pełnym zgody i harmonii „trójkącie”. Wprawdzie druga samica nie bierze aktywnego udziału w tarle, lecz wkrótce po jego zakończeniu zaczyna pełnić funkcje pomocnicze - jako obrończyni terytorium i opiekunka do dzieci.

Ikra koloru ceglasto-beżowego - zwykle kilkadziesiąt ziaren, ale w przypadku wyrośniętych samic zdarza się nawet dwieście - składana jest w grotach skalnych, jak u wszystkich gatunków speleofilnych, a sporadycznie również w wykopanych dołkach pod kamieniami na litej powierzchni. Jest ona pieczołowicie chroniona i wachlowana przez ikrzycę, podczas gdy samiec z uwagą patroluje cały zajęty obszar lęgowy. Widok kilkucentymetrowego rodzica z uporem atakującego zanurzony w wodzie palec akwarysty nie jest czymś wyjątkowym. Po około trzech dobach, w temperaturze 27°C, z jaj wylęgają się larwy, które przez niespełna tydzień absorbują zawartość woreczków żółtkowych. Potem zaczynają aktywnie pływać w poszukiwaniu pokarmu. Rodzice robią wszystko, by młode czuły się dobrze i bezpiecznie - troskliwie pilnują dorastającego stadka, usuwając z jego pola widzenia wszystkie realne czy tylko potencjalne zagrożenia oraz przeszkody.

Chów lirniczki w bardzo dużym akwarium wielogatunkowym - zwłaszcza z naskalnikami i szczelinowcami - ma o tyle sens, o ile na dużej przestrzeni wyodrębni się rewiry skalne oddzielone od siebie piaskowo-żwirowym pasem „ziemi niczyjej”. Praktycznie i bez zakłóceń udaje się to dopiero wówczas, gdy zbiornik ma przynajmniej 150-180 cm długości. I chociaż lirniczka bierzew posiadanie niby skromne terytorium o średnicy ok. 30-50 cm, to jednak wraz z rosnącym w siłę liczebnym przyrostem kolonii, prędzej czy później, wyrusza na podbój całego zbiornika.

Tu i ówdzie, w literaturze i Internecie, można natknąć się na informacje, że N. brichardi jest stosunkowo wdzięczną współmieszkanką akwariów biotopowych i bezproblemowo koegzystuje nawet z muszlowcami. Akurat. Moje doświadczenia zdecydowanie temu przeczą.

 

Artykuł opublikowany dzięki uprzejmości Magazyn Akwarium

księżniczka z Burundi Neolamprologus brichardi

High-quality materials with premium finishes make N Series laptops both stylish and strong. The ripple-effect speaker mesh projects artistic beauty and echoes sound excellence, showcasing appealing aesthetics and better audio.

Jak podobał ci się ten artykuł?

ZOOLO
Register New Account
Reset Password
Compare items
  • Business category (0)
  • Technology category (0)
Compare
0